Witam wszystkich po długiej przerwie. Nawet mogłabym rzec: przerwie długiej jak stąd do Księżyca. Trochę czasu mnie nie było, z wielu różnych powodów. Ważniejszych i mniej ważnych.
Przeprowadzka, studia, a i troszkę lenistwa się wkradło. Mam nadzieję, że tym razem zabawię tu dłużej. Na tę chwilę autostopowo i podróżniczo stoję dosyć kiepsko. Niestety nic nowego na moje konto nie przybyło. Szczerze powiedziawszy, czekam z utęsknieniem na wakacje. Tęsknię za przygodą, słońcem i wystawianiem kciuka (:
Jak już pewnie zdążyliście zauważyć na blogu zaszły pewne zmiany. Dużo nowych obserwatorów dodało mi motywacji i zainspirowało mnie. Chciałam trochę poeksperymentować, nie burząc jednocześnie pierwotnej szaty graficznej bloga. Było to dosyć ciężkie zadanie, jednak udało mi się i osiągnęłam (powiedzmy) pożądany efekt. Teraz strona główna bloga jest nad wyraz przejrzysta. Znajdują się tam tylko posty, w kolejności od najnowszego. Dopiero po kliknięciu na post, pojawia się pasek boczny. Menu zmieniło się nieznacznie, prawie w ogóle. Mimo wszystko, nie gwarantuję, że taki wygląd zostanie już zawsze, może jeszcze coś się zmienić. Dajcie znać, czy blog jest da Was czytelny (:

Tymczasem zapraszam do polubienia fanpage'a na facebooku oraz do odwiedzenia mojego instagrama.


Jak to się stało, że w ciągu doby znalazłam się w magicznym Paryżu? Wyciągnęłam kciuka. Nic prostszego, prawda? Otóż nie do końca. Zaczęło się koszmarnie... Z Piły do Poznania dostaliśmy się na 3 stopy. Słabo, bo nie raz udawało nam się złapać coś bezpośrednio. W dodatku zajęło nam to około 3 godziny, razem z dojazdem na wylotówkę, co jest na prawdę kiepskim wynikiem. Wyruszyliśmy około 10. Planowaliśmy zrobić to trzy godziny wcześniej, jednak wyszło jak zwykle.
Najpierw podjechaliśmy około 40 kilometrów na wysokość Sokołowa Budzyńskiego z ratownikiem medycznym. Niby wszystko fajnie, jednak wysadził nas w tak kiepskim miejscu, że staliśmy tam około 40 minut. Po tym czasie, zatrzymał się pan, który stwierdził, że tam nikt by się nam nie zatrzymał i oznajmił, że podwiezie nas kawałek dalej. Niby tylko 10 kilometrów, ale zrobiło swoje. Pan był bardzo obeznany i nawet doradzał w sprawie dalszej trasy na terenie Niemiec (: Kilka razy też zawołał na CB, że dwójka autostopowiczów planuje się dostać do Poznania i dalej. W efekcie, nie staliśmy nawet minuty, i zabrał nas kierowca busika. Kilka razy się z nim zatrzymywaliśmy przy rozładunku towaru, a i nawet trochę mu pomagaliśmy (no dobra, Paweł pomagał). W końcu, nieszczęsny Poznań. Czemu nieszczęsny? Jakoś nie pałam sympatią do tego miasta. Wrecz przeciwnie. Szczerze go nie lubie i nie chodzi tu tylko o autostopowe niepowodzenie.


Tam nie było lepiej. Utknęliśmy. Początek trasy nie był dla nas najłaskawszy. Szybkie sprawdzenie hitchwiki i lecimy na autobus, który rzekomo ma nas zawieźć na właściwy przystanek (!). Nie, oczywiście, że nie od razu na wylot. Byłoby za łatwo. Wysiedliśmy na poznańskich Ogrodach, tak jak nam kazała autostopowa wikipedia. Co teraz? Poszukiwanie tego właściwego przystanku. Trochę się nachodziliśmy, trochę się popytaliśmy i jest! Nie nacieszyliśmy się za długo. Autobus 719, w który mielismy wsiąść odjechał równo 5 minut wczesniej. Kolejny? Za 50 minut. No cóż. Nie pozostało nam nic innego niż czekać... Byliśmy prawie w samym środku tego okropnego miasta, zbliżała się godzina 14, a my przejechaliśmy tylko 100 kilometrów. Początkowo do Francji planowałam dojechać w dwa dni. Ta piękna wizja uciekała wraz z każdą minutą spędzoną na tym przeklętym przystanku.W końcu doczekaliśmy się! Pojawił się on! Upragniony 719... Kolejne 40 minut zleciało nam na delikatnym przycinaniu komara oraz podziwianiu łąk, lasów i okolicznych wiosek. Wysiedliśmy w Dopiewcu, skąd czekały nas jeszcze 2 kilometry marszu. Zmęczeni, spragnieni i sfrustrowani w końcu znaleźlismy się na bramkach. Była godzina 16, a my byliśmy niemalże w tym samym miejscu, co 2 godziny wcześniej. Koszmar.
Stanęlismy tuż za bramkami przy zjeździe na parking z tabliczką BERLIN, 10 minut, 20, 30... Nic. Byliśmy przerażeni zbliżającymi się chmurami i uciekającym czasem. W końcu, po około 50 minutach zatrzymał się samochód! I to z nie byle jaką ofertą, mianowicie podwózka aż w okolice Magdeburga! Nie zastanawiając się wcale wsiedliśmy do dość pokaźnego volkswagena. Trasa przebiegła bardzo szybko i w miłej atmosferze. Nie pamiętam dokładnie godziny, jednak w okolicach 20:00, może 20:30, znaleźliśmy się na genialnym, wielkim parkingu. Ja chciałam przespacerować się i popytać kierowców, jednak Paweł zaproponował, żebyśmy stanęli z tabliczką PARIS przy wyjeździe. I to był strzał w dziesiątkę. Uczeń przerósł mistrza (: Nie staliśmy nawet 3 minut, kiedy zatrzymała się para pochodząca z Niemiec. Z nimi dojechaliśmy niemalże do Dortmundu. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Na początku oczywiście był wywiad środowiskowy, co, jak i dlaczego, jednak szybko zajęliśmy się swoimi sprawami, na przykład spaniem (: Około północy znaleźliśmy się na dużym parkingu przed Dortmundem. Na miejscu był hotel i nawet rozważaliśmy czy by nie zostać tam na noc, jednak coś nas bardzo do tego zniechęcało. Mianowicie ceny. Poza tym, chcieliśmy, żeby to była prawdziwa przygoda, pójście na całość, coś w rodzaju survivalu. Zwłaszcza, że nie mieliśmy ze sobą namiotu.


Po szybkim pochłonięciu kilku bułek znów staneliśmy przy wyjeździe z parkingu.
Staneliśmy pod latarnią, coby nas było lepiej widać. Co jakiś czas, dla rozgrzewki, robiliśmy małą przebieżkę wokół położonej nieopodal wysepki. Byliśmy wyczerpani. Zmęczeni, śpiący, w dodatku robiło się coraz zimniej. Przejeżdżało wiele samochodów. Nawet z jednego dobiegały krzyki, że też kieruje się do stolicy Francji, jednak był cały załadowany. No cóż... Trzęsąc się z zimna wyciągnęłam kocyk. Mój kocyk, z którym nie rozstaję się od dziecka, a wzięłam go tylko dzięki wspaniałomyślnemu Pawłowi. W końcu po około godzinie, zatrzymał się pan, oferujący podwózkę do Calais! Potwierdziło się to, co przeczytałam na forach internetowych oraz na innych podróżniczych blogach. W nocy łapie się najlepiej, bo na większe dystanse. Może i trochę dłużej się stoi, jednak bardzo się to opłaca. To moja pierwsza przygoda z autostopowaniem w nocy, jednak myśle, że nie ostatnia. Z tego odcinka trasy niewiele pamiętam, ponieważ 3/4 przespałam. Ominęła mnie cała Holandia i Belgia. Z tego co wiem, Paweł też kimał, jednak dużo mniej ode mnie.


Około 5 rano znaleźliśmy się w Calais. Zimno, ciemno, bardzo wietrznie i w dodatku zaczynało padać. Jedynym pocieszeniem było to, że mieliśmy tylko 300 kilometrów do naszego celu podróży. Stanęliśmy przy wjeździe na autostradę, jednak zrezygnowaliśmy po około pół godzinie. Pomaszerowaliśmy do wyjazdu z promu. Niestety, kolejny miał przypłynąć dopiero za pół godziny. Siedzieliśmy pod kocykiem i czekaliśmy na cud. Prom przypłynął, samochody przejechały, nikt nas nie zabrał. Cudownie. Stwierdziliśmy, że musimy wrócić na nasze pierwsze miejsce. A tam? Zastała nas niespodzianka... Inni autostopowicze! I to w dodatku z Polski! Wymieniliśmy kilka zdań, odczekaliśmy aż oni coś złapią (a zrobili to w zaskakująco szybkim tempie) i zaczeliśmy łapać znowu. Szczęście nam dopisało. Spędziliśmy jeszcze około 20 minut na tym strasznym wietrze i już mogliśmy się rozsiąść w wygodnym samochodzie. Stop aż do samego Paryża! Droga minęła bardzo szybko. Wysiedliśmy tuż przy Place de la Bastille i udaliśmy się metrem do mieszkania Anny, gdzie wyczerpani ucięliśmy sobie ponad 5-godzinną drzemkę...
Witam po długiej nieobecności! Okres wakacyjny nie sprzyja regularnemu pojawianiu się postów. Musicie mi wybaczyć... Zdaję sobie z tego sprawę i ubolewam, jednak muszę mieć czas najpierw na zwiedzanie świata, żeby później móc to wszytko tutaj opisać. Tyle się dzieje, że nawet nie wiem od czego zacząć. W ciągu dwóch miesięcy mojej nieobecności tutaj przemierzyłam dobre kilka tysięcy kilometrów. Jak nie kilkanaście. Oraz przekonałam się, że podróżowanie po ojczystym kraju jest równie pasjonujące, co zwiedzanie innych państw. Serio! (:


W czerwcu wyruszyłam z Oliwią, koleżanką ze szkolnej ławki, z którą zwiedziłam całą Polskę północną z małym odbiciem do Warszawy i Łodzi. Był to bardzo bogaty w przygody (ze zgubieniem dokumentów włącznie), a zarazem pierwszy autostopowy wyjazd Oliwii. W lipcu zaś, odwiedziłam polskie góry, przepiękny Wrocław i malowniczą Lubelszczyznę z Pawłem (szerzej znanym jako Niedźwiadek :D). O ile tylko za kilka tygodni będę jeszcze pamiętać szczegóły tych wypraw, to będziecie mogli ich ze mną doświadczyć tu na blogu. Tymczasem pragnę poinformować, że właśnie wróciłam z magicznego Paryża! (: Tak, planowałam odwiedzić Francję od dłuższego czasu i tylko czekałam, aż nadarzy się odpowiedni moment. Już w kolejnym poście będziecie mogli przeczytać o tym, jak dotarliśmy z Pawłem do stolicy Francji w 24 godziny ;)


Co do moich samotnych autostopowych wypraw... Było ich tak dużo, że nie nadążałabym ich wszystkich opisywać. Praktycznie gdziekolwiek się nie ruszam z mojego miasta (a ruszam się bardzo często), to wybieram właśnie tę formę transportu. Od października mogę być czasowo ograniczona, ponieważ zaczynam studia i przeprowadzam się do Łodzi, jednak myślę, że Piłę i Kołobrzeg odwiedzać będę regularnie. Trzymajcie się ciepło i do następnego! (:






PS. Chciałabym bardzo serdecznie polecić Wam obejrzenie przygody mojego kolegi, Kamila, który wyruszył wraz ze swoją dziewczyną na podbój Półwyspu Bałkańskiego i okolic. Bardzo dobre ujęcia, świetny montaż no i cudowne widoki! Check it out!
Mam przyjemność poinformować Was, że Mapa Marzeń znalazła się na liście najlepszych blogów autostopowych w sieci! To dla mnie wielkie zaskoczenie i przede wszystkim zaszczyt! Zakładając bloga myślałam tylko o spisywaniu swoich przygód, miał być czymś w rodzaju pamiętnika, a tu, ku mojemu zdziwieniu, zaczęła czytać go coraz większa ilość osób. Cieszę się, że mogę być inspiracją dla wielu i z tego, co udaje mi się podsłuchać, że dzięki Mapie Marzeń i moim przygodom zaczynacie autostopować! To dla mnie największe wyróżnienie.


Ja znów dopiero wróciłam z trasy! Tym razem robiłam objazdówkę po Polsce, o której już niebawem będziecie mogli przeczytać na blogu. Tymczasem zapraszam do poczytania o moich wcześniejszych przygodach. Wszystkie posty, przypięte są do głównego menu i w każdej chwili można do nich szybko się dostać (:




A teraz życzcie mi szerokiej drogi i do następnego!


Proszę Państwa to jest Miś. Miś jest bardzo grzeczny dziś... To chyba nie ta bajka... W mojej jest Niedźwiedź a rozrabia niemal jak jakiś Grizzly (: Wraz z Niedźwiedziem, szerzej znanym jako Paweł, postanowiliśmy odwiedzić Koziołki (:

W sobotę około godziny 15 stanęliśmy na wylotówce z Piły w stronę Poznania. Zaraz zatrzymał się chłopak oferujący podwózkę do Ujścia. Wsiadamy! Wgramoliliśmy się na tylne siedzenie i zmęczeni zaczęliśmy standardową pogawędkę. Wysadził nas na tym samym przystanku, na którym złapałam kilka tygodni wcześniej pana od przewozu krwi (PATRZ: Ex navicula navis*, czyli autostopowa wyprawa do centralnej Polski). Uraczeni nutką disco-polo w poprzednim wozie, uradowani i rozśpiewani kontynuowaliśmy łapanie stopa w rytmie "szalonej rudej" (: Kilka minut później zabrała nas dziewczyna, ktora też kiedyś podróżowała w taki sposób. Krótka wymiana doświadczeń i tak oto wylądowaliśmy w Chodzieży. Tak właściwie: na wlocie do Chodzieży. Trochę kiepsko, no ale nic. Łapiemy dalej. Po chwili, ku naszemu zdziwieniu, zatrzymał się czarny mercedes. Daleko z panem kierowcą biznesmenem nie dojechaliśmy, ale wysadził nas na wylocie z miasta.

Wszystko fajnie, pięknie, tylko... Spędziliśmy tam aż 40 minut. Jeszcze bardziej rozśpiewani, troszeczke mniej rozentuzjazmowani i jeszcze bardziej przeklinający kierowców machaliśmy kciukami i wcinaliśmy ciastka. W końcu! Podwózka do Obornik! Jak w Chodzieży spędziliśmy dużo czasu, tak tu złapaliśmy stopa momentalnie i to do samego Poznania. Pani była bardzo dziwna. Roztrzepana i gadatliwa. Trochę jak ja... Nieważne. Skupmy się na czymś śmieszniejszym, mianowicie na napisach, które przyklejone były tuż obok skrzyni biegów. Automatycznej skrzyni biegów. Jak widać, nauczenie się skrótów P, R, N, D sprawia wielkie problemy i należy nabazgrać dlugopisem wielkie i czytelne "PRZÓD" i "TYŁ". Nie mogłam się oprzeć - musiałam to uwiecznić na zdjęciu (: Dotarcie do stolicy wielkopolski zajęło nam dwie godziny (:





W nocy dostaliśmy się do Piły busem, w którym zasnęliśmy momentalnie. Nazajutrz o godzinie 11 wyruszyliśmy znowu, tym razem obierając azymut na Kołobrzeg. Do Czaplinka mieliśmy ułatwione zadanie, mianowicie podwoził nas... mój tata. Tam staliśmy około 20 minut, po czym zatrzymało się dwóch młodych chłopaków. Z nimi dostaliśmy się do Połczyna Zdroju. Było baaardzo wesoło, bo ruskie rytmy towarzyszyły nam przez całą drogę (: Jeden z nich nawet chyba miał korzenie z Kazachstanu, jednak bardzo nie ogarnęłam tego tematu i głowy uciąć nie dam. Wiem jednak, że bardzo dobrze mówił po rosyjsku. W Połczynie odwiedziliśmy sklep i zaznaliśmy smaku dzieciństwa, mianowicie kupiliśmy oranżadę w butelce. Stwierdziliśmy, że będziemy łapać stopa idąc wzdłuż drogi, bo nie widzieliśmy w pobliżu żadnego dobrego miejsca. Po drodze wygłupy, sesja ze słupkiem, który znaleźliśmy na poboczu, śpiewanie największych hitów i oczywiście sporadyczne wystawianie kciuka (: W końcu po około 5 kilometrach spaceru zatrzymała się para z dzieckiem. Podwózka aż do Białogardu. Super! Mina nam troszkę zrzędła jak ruszyliśmy. Trzymając się kurczowo za ręce wymienialiśmy przerażone spojrzenia. Nie wiem jak Pawłowi, ale mi calutkie zycie przeleciało przed oczami. Gościu nie dość, że miał małe dziecko z tyłu (oczywiście bez fotelika, no bo po co), to pruł około 190km/h (przy ograniczeniu do 90), wyprzedzał na trzeciego na podwójnej ciągłej i w dodatku bawił się telefonem... Nawet nie wiecie jak mi ulżyło, kiedy wysiedliśmy cali i zdrowi. W Białogardzie zatrzymywali nam się jeden za drugim, jednak nie opłacało nam się wsiadać na 5 kilometrów. W końcu jest! Stop do Kołobrzegu. Pan kierowca też miał lekki problem z ciężką noga, jednak nie aż taki jak poprzedni wariat. W Kołobrzegu znaleźliśmy się równo o godzinie 14 (:




Z Kołobrzegu też wracałam autostopem, jednak sama. Najchętniej posiedziałabym tam znacznie dłużej, jednak trzeba pomieszkać trochę w domu, a to ostatnio dość kiepsko mi wychodzi. To był bardzo dobry dzień na łapanie stopa. O godzinie 11:40 wystawiłam łapkę z zamiarem pojawienia się w domu na obiad. Nie przeliczyłam się. Pierwszy stop prosto do Białogardu, a nawet kawałek za. Wprawdzie wcześniej zatrzymały się już 2 samochody, ale nie wsiadałam, z racji tego, że byłaby to podwózka tylko do 10 kilometrów, co kompletnie nie było w moim interesie. "Ale Ty jesteś wybredna Grochowska..." - pomyślałam. Ale bardzo dobrze, że nie wsiadłam wcześniej bo trafiłam na przecudowną osobę. Przegadaliśmy z panem kierowcą całą drogę. Chciałoby się jechać razem dalej, ale cóż, czas wysiadać.
Kolejnego stopa łapałam w idealnym miejscu. Zatoczka, przystanek autobusowy, a przede mną... fotoradar. Chociaż raz się na coś przydał, bo kierowcy zwalniali i mieli więcej czasu na ocenę, czy chcą mnie zabrać czy nie. I znów odmówiłam chyba trzem, aż w końcu znalazł się złoty strzał! Panowie jadący do Wrocławia, oczywiście przez Piłę. Szybko wskoczyłam, przywitałam się, ale oni, nawet nie zwracając na mnie uwagi kontynuowali rozmowę. Biznesmeni? Naukowcy? Chemicy? Nie wiem. Słyszałam w kółko coś o elektrolizach... Tak w ciszy przejechałam ponad 130 kilometrów. W między czasie tak strasznie zachciało mi się spać... Ale nie. Przecież nie mogłam zasnąć. Nagle przypomniałam sobie o książce, którą miałam w plecaku. Tak oto uratował mnie Przemek Skokowski z jego nowym dzieckiem - "Autostopem przez życie". W Pile panowie wyrzucili mnie na obwodnicy rzucając suche "do widzenia". Z obwodnicy do domu daleko. Co teraz? Przeszłam przez pole na szagę i idąc w stronę centrum łapałam dalej. Zabrała mnie przemiła pani, która wprawdzie nie dowiozła mnie do centrum, ale zawsze to podrzuciła kawałek dalej. Stamtąd do domu dostałam się piechotą. Tak oto udało mi się pokonać tę trasę w 2,5 godziny. Dobry wynik, bardzo dobry (:




Zainspirowana waszymi pochlebnymi wypowiedziami na temat mojego bloga postanowiłam napisać coś więcej o przygotowaniach do wyprawy. Dostawałam wiele wiadomości od Was z pytaniami "co?", "gdzie?", "jak?", "za ile?" i każdemu z osobna praktycznie odpisywałam to samo. W dodatku zbliżają się wakacje, a to chyba najbardziej odpowiedni czas na sklecenie kilku słów na ten temat (:


Skoro to czytasz, to prawdopodobnie w Twojej głowie zrodziła się już piękna wizja błękitnego morza, grzejącego w plecy słoneczka, wolności i beztroski, jaka panuje podczas podróżowania autostopem. Super! Chęci już są, więc skupmy się nad częścią troszkę gorszą, mianowicie realizacją.



Od czego zacząć?

No tak, to chyba podstawowe pytanie. Na początek najlepiej od małego rachunku sumienia. Autostop to nie rewia mody. Plecak to nie lekka ozdoba. Namiot to nie 5-gwiazdkowy hotel. Jeśli jesteś osobą, która nadto ceni sobie wygody, to już na tym etapie możesz pożegnać się z pomysłem. Noce w namiocie nie należą z reguły do najbardziej komfortowych, a prysznic zazwyczaj ogranicza się do szybkiej higieny w zlewie na stacji benzynowej. Bardzo ważne jest też psychiczne nastawienie do całej sprawy. Należy odpowiedzieć sobie na pytanie czy jestem gotowy i faktycznie na tyle spontaniczny, żeby nie mieć problemów z życiem z dnia na dzień. Autostop to jedna wielka niewiadoma. Budzisz się rano i nie masz pojęcia, gdzie spędzisz kolejną noc. Dla niektórych to podniecający przypływ adrenaliny, dla drugich totalny koszmar.




Ekwipunek


No dobrze. Po dokonanym rachunku sumienia i przekonaniu się, że faktycznie jesteśmy w stanie podołać zadaniu (albo i nie), należy skompletować ekwipunek. Gdzieś trzeba te wszystkie graty trzymać, więc oczywiste jest, że najważniejszą rzeczą jest plecak. Jaki wybrać? To już zależy tylko i wyłącznie od naszych preferencji. Duży, mały, szeroki, wąski, szary, niebieski, w kratkę, w kwiatki, w groszki, w misie, w ptysie, w patysie, w bułki, w pszczółki, czy też w karaluszki*. Każdy plecak turystyczny powyżej 30 litrów posiada specyficzną budowę. Składa się z komory głównej, klapy z kieszeniami, stelaża oraz systemu nośnego. Chyba najważniejszym elementem jest ten ostatni, do którego zaliczamy oprócz odpowiednio wyprofilowanej części plecowej, także szelki, pas biodrowy i pas piersiowy. Polecam zaopatrzyć się w plecak ze schowanym stelażem wewnątrz, pod systemem nośnym. Stelaż zewnętrzny ma mnóstwo wad, a noszenie takiego plecaka jest niewygodne i uciążliwe ponieważ metalowe rurki uwierają i uciskają plecy. Ważne, żeby nie był zbyt wielki i miał dużo bocznych kieszonek. To wiele ułatwia (: Ja zdecydowalam się w zeszłym roku na 65-litrowy, który spisał się w 100%. Więcej informacji o nim TUTAJ. Oczywiście nie polecam kupować przez internet. Plecak należy przymierzyć (już odpowiednio obciążony) i sprawdzić, czy jest wygodny. To bardzo ważne, zwłaszcza, że przez większość wyprawy nosi się go na plecach. Nie raz trzeba przejść całe miasto na piechotę w poszukiwaniu wylotówki, czy też odpowiedniego miejsca do łapania stopa. Wtedy rodzi się wściekłość na samego siebie o każdą niepotrzebną rzecz w plecaku. Dlatego właśnie tak ważne jest przemyślenie tego w domu.



Pakowanie


Plecak już mamy. Czas się spakować. Oczywiście należy zapomnieć o setkach koszulek, spodenek oraz butów (zwracam się głównie do pań i tych osób, które na każdym zdjęciu muszą mieć inny strój). Pamiętajmy! Im więcej zapakujemy, tym więcej będziemy musieli dźwigać na własnych plecach. No chyba, że załatwimy sobie jakiegoś tragarza (: Jeśli jedziemy w ciepłe rejony, 4 koszulki, 2 pary spodni i 2 pary butów w zupełności wystarczą. No i kurtka, żeby pogoda nas nie zaskoczyła. Jeśli chodzi o buty, polecam wziąć sandały oraz trampki/adidasy. W razie deszczu najlepiej założyć sandały. Stopę można wytrzeć, a sandały wyschną szybciej niż zabudowane buty. Najpotrzebniejsze rzeczy? Oczywiście namiot i śpiwór. Najlepiej najlżejsze jakie można dostać na rynku. Można się bez nich obejść, jeśli mamy załatwionego jakiegoś hosta (patrz: post o CouchSurfingu), czy też miejsce do spania. Z reguły jednak warto je mieć ze sobą, bo nigdy nie wiemy, co nas może na trasie spotkać. Kubek, latarka, sznurek, ręcznik, sztućce, scyzoryk, igła z nitką... To banały. Bardzo potrzebne banały, o których najczęściej się zapomina. Jak można sobie poradzić bez dziesiątej pary spodni, tak bez latarki już jest mały problem. A i scyzoryk potrzebny jest niemalże zawsze. Bardzo przydają się również husteczki nawilżane, zwłaszcza, jeśli jest się taką sierotą jak ja. Klejące rece, resztki obiadu na bluzce, brudny but... Bardzo ułatwiają życie. Warto zaopatrzyć się też w blok techniczny oraz marker. Kartonik można dostać w jakimkolwiek sklepie, jednak kiedy znajdziemy się na pustkowiu, fajnie mieć ze sobą jakieś wyjście awaryjne. Nie jest to ciężka rzecz i zawsze ją można schować w plecaku, bo zajmuje mało miejsca. Nie należy też zapomnieć o mapie Europy czy też regionu, który zamierzamy odwiedzić. W zasadzie mapa, na której są wyszczególnione numery dróg, wjazdy/zjazdy z autostrad oraz takie punkty jak stacja benzynowa czy też schronisko, jest dobrą mapą. Co z jedzeniem? Szczerze mówiąc nic. Nie ma co dźwigać nie wiadomo jakiej ilości jedzenia. Zawsze można kupić coś na stacji benzynowej, a i kierowcy są zazwyczaj bardzo życzliwi. Na wszelki wypadek można wziąć ze sobą kilka zupek błyskawicznych i konserw. Pamiętajmy też o obronie własnej - gaz pieprzowy i apteczka. Wiele osób bagatelizuje potencjalne ryzyko, ale bazując na własnym doświadczeniu mogę powiedzieć, że te dwie rzeczy mogą nam się bardzo przydać. Bandaż elastyczny i zwykły, gumowe rękawiczki, plastry, plastry na odciski, gaziki ze środkiem odkażającym, środki przeciwbiegunkowe i przeciwwymiotne, gaza jałowa, tabletki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe oraz multiwitaminy.





Trasa

Należy pamiętać o wcześniejszym wstępnym naszkicowaniu trasy, o ile mamy w ogóle cel swojej podróży. Wstępnym, ponieważ tak czy siak nie przewidzimy dokładnie którędy będziemy jechać. Wszystko zależy od kierowców. Warto jednak trzymać się blisko wcześniejszych założeń, przeanalizować drogi i miasta. Planując trasę należy pamiętać o tym, aby przebiegała przez jak najmniej dużych miast, ponieważ wydostanie się z nich jest najgorszym koszmarem. Warto też zorientować się, którędy jeżdżą samochody ciężarowe. Kierowcy często wybierają okrężną trasę, żeby ominąć opłaty drogowe.



Ubezpieczenie

Przed wyjazdem warto zaopatrzyć się w kartę EKUZ - Europejską Kartę Ubezpieczeń Zdrowotnych. W krajach Unii Europejskiej, w przypadku, kiedy stanie Ci się krzywda, zostanie Ci udzielona pomoc na koszt NFZ. Karta ta jest bezpłatna. Można uzyskać ją w najbliższej placówce NFZ lub wypelniając formularz online.




Co z dokumentami?


Warto jest zrobić kserokopię oraz skany wszystkich dokumentów i trzymać je w miejscu innym niż portfel. Skany można wysłać na swój adres mailowy, żeby w razie nieprzyjemnych sytuacji mieć do nich dostęp. Co jeśli mamy tendencję do gubienia różnych rzeczy, portfela zwłaszcza? Zważając na moje wieczne roztrzepanie stwierdziłam, że nie mogę w podróż zabrać portfela. Wykopałam z szuflady starą, małą saszetkę i doszyłam do niej napy. Przez cały czas, niemalże 24 godziny na dobę, miałam ją przypiętą do stanika. Prawie jej nie czulam, a dokumenty były bezpieczne. Nie wpadłam jeszcze na pomysł alternatywnej wersji dla panów. Może autostopowicze się wypowiedzą? (:






Post pisany na podstawie własnych doświadczeń. Powstała również nowa zakładka w menu "Tips" i to właśnie tam znajdą się wszelkie porady. Teraz, skoro już wiecie, jak przygotować się do wyprawy pozostaje tylko wyjść na drogę, wystawić kciuk i oddać się w ręce losu!



* Tak cytując skecz Cezarego Pazury, co na co dzień zdarza mi się bardzo często (:
Miałam w trakcie matur nie autostopować. Niestety, moją naturę jest bardzo ciężko oszukać. Znów wybrałam się w króciutką trasę do Kołobrzegu. Post będzie również krótki, bo wiele się nie wydarzyło, jednak dostaję wiele wiadomości, żebym opisywała każdą jedną wyprawę, więc oto i ona (:

Głównym pretekstem do kolejnego odwiedzenia nadmorskich stron było dostarczenie plakatów na warsztaty muzyczne, które organizuję wraz ze znajomymi. O 10 rano w piękny, słoneczny, aczkolwiek bardzo wietrzny dzień stanęłam znów na obwodnicy Piły przy wjeździe na stację paliw. Nie czekałam zbyt długo. Po około 5 minutach zatrzymał się bardzo elegancki pan, który rozmawiał przez telefon. Do Wałcza? Jasne, że może być! Dowiedziałam się, że pan kierowca często się zatrzymuje z racji tego, że sam kiedyś jeździł autostopem. Baaardzo się zdziwiłam, bo wyglądał mi na bardzo ustatkowanego biznesmena. Jak widać pozory mylą, a nutka szaleństwa siedzi w każdym z nas (: W Wałczu również nie zabawiłam zbyt długo. Ledwo ustawiłam się na moim stałym miejscu, a już zatrzymał się pan jadący przez Czaplinek. To była chyba najlepsza część tej wyprawy. Z panem kierowcą dogadywałam się tak dobrze, że aż szkoda było wysiadać. W trakcie drogi zajadaliśmy się skittlesami. Tak strasznie mu zasmakowały, że aż oddałam mu pół paczki (:

To było moje śniadanie, ale pomińmy ten fakt. SMACZNEGO! (: Mam nadzieję, że jeszcze spotkamy się gdzieś na trasie (: W Czaplinku zboczyłam troszkę z drogi i udałam się nad jezioro Drawsko. Wprawdzie czas mnie troszkę naglił, ale znalazłam kilka minut na chwilę relaksu. Miałam do przejścia niemalże pół miasta, więc chwila odpoczynku dobrze mi zrobiła, zwłaszcza, że moja kontuzjowana noga ostatnio dała o sobie znać. Z Czaplinka złapałam stopa aż do Białogardu. Pan był troszkę małomówny, ale za to bardzo uprzejmy. Mimo wszystko, droga bardzo szybko mi zleciała. W Białogardzie pan kierowca odbijał na Koszalin, więc wyskoczyłam na skrzyżowaniu i zaczęłam iść wzdłuż drogi w kierunku Kołobrzegu. Stamtąd dostałam się do Karlina z bardzo dziwnym na pozór panem. Wyglądał troszkę jak jakiś gangster. Zawahałam się lekko czy wsiadać, ale moje przeczucie mówilo mi, że nic się nie stanie. Jak widać żyję, a łysy pan okazał się nie być mordercą/gwałcicielem/pedofilem (: Wniosek? Zawsze ufaj swojej intuicji. Pan kierowca miał możliwość wysadzenia mnie tylko na samym początku Karlina, jednak zgodziłam się na taką opcję. Przeszłam piechotą przez calutkie miasto i już chciałam ustawiać się na miejscu, gdzie łapałam stopa ostatnio, jednak... Niespodzianka. Już ktoś mi podkradł tamtą miejscówkę. No nic. Wymieniliśmy urpzejmości, a ja stanęłam kawałek dalej. Nie czekałam zbyt długo. Stamtąd złapałam stopa aż do samego Kołobrzegu. Zdziwiłam się, bo nawet przyjemnie nam się z panem kierowcą rozmawiało na tematy polityczne. Wysadził mnie w samym centrum równo o godzinie 14. Wniosek? Tym razem jechałam troszkę dłużej niz pociągiem, ale jestem bogatsza o kolejne autostopowe doświadczenie. Na dniach szykuje się większa wyprawa, ale o tym niedługo. Do potem!




W trakcie trwania egzaminów maturalnych raczej autostop zejdzie na drugi plan. Podróżować nadal będę, jednak chyba wybiorę autobus/pociąg coby móc się może jeszcze troszkę douczyć (a raczej zacząć uczyć). Znów troszkę pojeżdżę po Polsce. Poznań, Kołobrzeg, Łódź... Jak widać chyba żadna siła mnie nie zatrzyma. A po maturze? A po maturze Daria znów wyrusza przed siebie. Ale o tym później...
Dzisiaj chciałabym Was uraczyć artykułem, który w ostatnim czasie bardzo przykuł moją uwagę. Odkąd pojawiłam się w Portugalii, od razu stwierdziłam, że jest milion razy lepsza od słynnej Hiszpanii. Tak odległa, tak nieodkryta przez przeciętnego Kowalskiego i tak zapomniana. Z tego, co słyszałam ludzie uważają, że Portugalia to taka "dalsza Hiszpania", co jest kompletną bzdurą. Tak oto mój ukochany kraj żyje w cieniu swojego wschodniego sąsiada, a szkoda, bo ma on swój własny temperament, indywidualny charakter i odmienną kulturę. Od razu poczułam przekroczenie granicy, i nie mam tu na myśli bramek i zobaczenia tabliczki "Portugal". Otoczyła mnie aura tajemniczości i wręcz perfekcyjności. Nigdzie indziej na świecie nie czułam się tak, jak właśnie w Portugalii. Oto 10 powodów, dla których warto pokonać kilkadziesiąt/kilkaset kilometrów więcej i przekonać sie o tym na własnej skórze. Od razu zastrzegam, że mogę ocierać się o subiektywizm (:


1. POŁOŻENIE

Najdalej wysunięte na zachód państwo Europy. Klimat śródziemnomorski oceaniczny. Kompletnie różniąca się od hiszpańskiej linia brzegowa. Najdalej na zachód wysunięty punkt Europy Cabo da Roca.








2. BARDZIEJ OPŁACALNA
Ceny w portugalskich restauracjach są najniższe spośród wszystkich krajów Europy Zachodniej. Bije na głowę takie wakacyjne potęgi jak Włochy czy Francja. Koszyk produktów spożywczych w Hiszpanii jest droższy średnio o 32% od koszyka w Portugalii. ŹRÓDŁO


3. JEDZENIE

Portugalska kuchnia charakteryzuje się świeżością i prostotą. Jest niezwykle zróżnicowana pod względem geograficznym. Zupełnie innych przysmaków skosztujemy na północy kraju, co innego zaserwują nam w Algarve na samym południu. Czynnikiem łączącym większość regionów jest niewątpliwie zamiłowanie do ryb. Portugalia należy do 3 krajów, które spożywają najwięcej ryb na świecie dzieląc podium z Islandią i Japonią. Portugalska kuchnia jest dużo zdrowsza i lepiej przygotowana niż typowa ciężka i obfita w mięso kuchnia hiszpańska.



4. JĘZYK
Co jak co, ale kiedy pierwszy raz usłyszałam język portugalski nie mogłam opanować śmiechu. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia co mnie tak rozbawiło, jednak pokochałam go od samego początku. Wydaje mi się, że jest trudniejszy w nauce od hiszpańskiego, jednak urzekł mnie niesamowicie. Bardziej przyjazny dla Polaka - mozna usłyszeć tam bardzo znajome szeleszczenie (: Również należy wybrać Portugalię, kiedy chce się dogadać z kimś po angielsku. Portugalczycy, przeciwieństwie do Hiszpanów, porozumiewają się w tym języku bez problemu (:


5. WIELKOŚĆ
Portugalia jest niemalże 4 razy mniejsza od Hiszpanii, co ułatwia jej zwiedzanie. Jest równie zróżnicowana a kontrast między północą a południem jest zauważalny tak samo jak u jej wschodniej koleżanki (: Bardzo łatwo i szybko można przemieszczać się między regionami, co jest jest jednym, z największych plusów. Korzyści z małych rozmiarów kraju wymienione powyżej potwierdzają fakt, że można poświęcić więcej czasu dla każdego miejsca. Nie musisz się spieszyć, jeśli masz kilka atrakcji na liście. Masz czas zajrzeć do kilku muzeów, zjeść kilka posiłków oraz spędzić więcej czasu na plaży.


6. POGODA
Wiele głównych miast Hiszpanii położonych z dala od wybrzeża (takich jak Madryt) cierpi na ekstremalne temperatury: mogą być piekielnie wysokie w lecie i bardzo niskie w zimie. W Portugalii, pogoda nie jest tak ekstremalna, nawet w chłodniejszej, dzeszczowej północy. Lizbona posiada bardzo łagodny i przyjemny klimat z gorącymi i suchymi latami oraz deszczowymi, wilgotnymi zimami. Śnieg nie występuje tam prawie wcale, a zimy przypominają polską wczesną wiosnę lub późną jesień. Lato, które trwa średnio od czerwca do końca września to okres wysokich temperatur oscylujących w granicach 25°C-30°C.


7. LIZBONA
W tym temacie mam chyba najwięcej do powiedzenia. Stolica Portugalii- duże miasto, które czaruje swoją tajemniczością. Ma dużo większe znaczenie historyczne niż Madryt czy Barcelona. Centrum jest pełne zabytkowych kamienic i wąskich uliczek. No i te wzgórza! Z jednej strony przekleństwo męczących spacerów, z drugiej przecudowne widoki, w których zakochana jestem bez pamięci. Więcej o tym przepięknym mieście można przeczytać w moim poście: Eu amo Lisboa!, który jest jednym z cyklu "I Eurotrip".





8. FADO

Kto nie usiadł na malutkim taboreciku w knajpce wsłuchując się w dźwięki fado podczas pobytu w Portugalii, tak na prawdę może uznać, ze wcale w niej nie był. Według mnie to obowiązkowy punkt na liście "must see". A raczej "must hear" (: Fado jest to gatunek muzyczny powstały w XIX wieku w biednych dzielnicach portowych w Portugalii. To melancholijna pieśń, wylewna, śpiewana z głębi. Przyznam szczerze, że tego klimatu nie da się jednak odtworzyć słuchając jej przed komputerem, siedzac w wygodnym fotelu. To trzeba przeżyć na żywo.




9. ALGARVE
Ci, którzy szukają południowo-europejskich słonecznych dni i ciepła powinni wybrać portugalski region Algarve. Obejmuje on całe południowe wybrzeże, od Przylądka Świętego Wincentego na zachodzie, który był uznawany jako koniec świata przez starożytnych Europejczyków, aż do granicy z Hiszpanią. Centrum administracyjnym regionu jest Faro, z lotniskiem międzynarodowym oraz państwowym uniwersytetem. Teren Algarve jest pagórkowaty, poprzecinany żyznymi dolinami, z czystymi, ciepłymi plażami zaliczanymi do najpiękniejszych na świecie. Klifowa linia brzegowa, szczególnie w okolicach Lagos usiana jest jaskiniami i grotami wyrzeźbionymi przez wodę w wapieniu.




10. WYSPY NA ATLANTYKU
Hiszpańskie Wyspy Kanaryjskie i Baleary są wielkie i piękne, jednak nie mogą równać się z portugalskimi Azorami. Archipelag ten znajduje się w połowie drogi między Europą i Stanami Zjednoczonymi i obejmuje 9 wysp. Zamiast przybrzeżnych kurortów można znaleźć tam niezwykłe wulkany, zapierające dech w piersiach krajobrazy i wieloryby pływające w Atlantyku. Zdjęcia nie są w stanie zilustrować i uchwycić naturalnej świetności tego miejsca, co czyni go naprawdę wyjątkowym. Coś czuję, ze to jest kolejny punkt na mojej liście miejsc wartych uwagi (:





PS. Jak widać, w ikonkach społecznościowych pojawiła się nowa- instagram. To właśnie tam będziecie mogli znaleźć większość moich podróżniczych zdjęć (: teenytinylittlepea pozdrawia!